Pisałam już, że postanawiam poprawę w kwestii zamieszczania recenzji książek? Tak, ostatnio deklarowałam większą aktywność w tym zakresie. No i właśnie wywiązuję się z wyznaczonego sobie zadania. Mam dla Was recenzję książki, z którą spędziłam ostatnio kilka ekscytujących wieczorów.
Po „Moją” Małgorzaty Węglarz sięgnęłam niejako przez przypadek. Książka leżała samotnie na pulpicie w bibliotece, do której wstąpiłam w zasadzie jedynie po to, żeby zapłacić karę za przetrzymane książki. Należność ta od jakiegoś czasu straszyła czerwienią na moim koncie czytelniczym, więc uznałam, że najwyższy czas uregulować zobowiązania. A że były wakacje, miałam zarówno czas, jak i ochotę, żeby przy okazji zabrać się za rzeczy, które od jakiegoś czasu pozostawały niejako w zawieszeniu.
Poza tym potrzebowałam materiału do kolejnego wpisu na blogu. Sekcja, w której umieszczałam krótkie recenzje przeczytanych książek, od jakiegoś czasu pozostawała bowiem pusta. I to nawet nie dlatego, że nie czytałam. Po prostu straciłam nieco chęć opowiadania o beletrystyce, która od dawna nie zaskakiwała mnie niczym wyjątkowym.
Tak było do czasu, gdy sięgnęłam po „Moją”.
W „Mojej” podobała mi się również narracja prowadzona z perspektywy każdego z głównych bohaterów. Z jednej strony podtrzymywała napięcie, z drugiej pozwalała wejść nieco głębiej w psychikę postaci i spojrzeć na te same wydarzenia z zupełnie różnych perspektyw. Każdy z bohaterów ma przecież własne emocje, wspomnienia i sposób interpretowania tego, co się wydarzyło. A czytelnik dostaje dzięki temu kolejne elementy układanki, ale niekoniecznie od razu wie, jak je ze sobą połączyć.
I tym sposobem trzy wieczory spędziłam na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kim właściwie jest tytułowa „Moja” i skąd wzięła się u progu płonącego domu.
Oczywiście nie obyło się bez drobnych znaków zapytania. W książce znalazło się kilka szczegółów, które sprawiły, że na moment uniosłam brew i zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś nie przeoczyłam. Ot, chociażby piosenka „Cheri, Cheri Lady”, która powstała w 1985 roku, a więc niekoniecznie była czymś, co osoby urodzone w latach 80. XX wieku mogły nucić w dzieciństwie. Oczywiście – radio i telewizja istniały, więc nie jest to przecież niemożliwe. Podobnie z boazerią, która jakoś nie do końca pasowała mi do obrazu domów letniskowych końca lat 90. XX wieku. W jednym miejscu pogubiłam się też z kolorem sukienki - do teraz zastanawiam się, czy ona właściwie była biała, czy może jednak zielona...
Ale to naprawdę drobiazgi. Być może zresztą funkcjonują one wyłącznie w mojej głowie i fabuła porwała mnie na tyle, że porzuciłam logiczny ciąg zdarzeń i moja świadomość zaczęła płatać figle. Te niuanse nie mają natomiast większego wpływu na odbiór całości, a ten w przypadku „Mojej” okazał się dla mnie zdecydowanie pozytywny.
Przyznam więc, że jestem ciekawa kolejnej odsłony prozy Małgorzaty Węglarz. „Naszą” już zamówiłam. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nadejdzie ten dzień, kiedy znowu do pracy przyjdę nieco mniej wypoczęta niż zwykle. Tym razem jednak przynajmniej będę wiedziała, kogo za to winić.
No i jeszcze mała informacja na koniec: jeśli jesteście ciekawi moich innych literackich przemyśleń, znajdziecie mnie na portalu Granice.pl, gdzie czasem udaje mi się wrzucić jakąś recenzję.



Brak komentarzy :
Prześlij komentarz