Niedziela - czas na ciasto, bo niedziela bez ciasta to nie niedziela! Co tym razem? W powietrzu czuć święta, więc mam dla Was pomysł na ciasto z nutą cynamonu i maku. Pora zatem na sernik z makiem. Łapcie przepis!
Niedziela - czas na ciasto, bo niedziela bez ciasta to nie niedziela! Co tym razem? W powietrzu czuć święta, więc mam dla Was pomysł na ciasto z nutą cynamonu i maku. Pora zatem na sernik z makiem. Łapcie przepis!
Niedziela - czas na ciasto, bo niedziela bez ciasta to nie niedziela! Co robię tego dnia tuż po porannym treningu? Oczywiście, biorę się za wypieki. Na co padło tym razem? Otóż ta niedziela miała zapach jabłek z cynamonem. Choć za oknem bardziej zima niż jesień, postawiłam na jeszcze jesienny akcent.
Przychodzę dziś do Was z czymś zupełnie innym niż zwykle - tym razem nie będzie ani rękodzieła, ani przepisu na ciasto. Miniony wtorek upłynął mi bowiem pod znakiem "Cyganerii" Pucciniego. Wybrałam się do Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie, która rozpoczęła nowy cykl „operowych wtorków” z retransmisjami spektakli z Metropolitan Opera w Nowym Jorku.
Pomysł serwowany przez olsztyńską filharmonię uważam za naprawdę świetny i chętnie uczyniłabym z tego stały punkt tygodnia, ale… życie jak zwykle pisze własne scenariusze. Ostatnio niemal bez reszty wkręciłam się w taniec towarzyski, a razem z nim przyszły regularne treningi, więc najbliższe wieczory raczej upłyną mi na zupełnie innej sali, niż ta koncertowa.
No i mamy listopad. Groby odwiedzone, znicze zapalone i… odhaczone odwiedziny u mojej koleżanki, z którą od wielu już lat spotykam się właśnie w dniu Wszystkich Świętych. Mamy taki nasz mały, świecki zwyczaj – po wizycie na cmentarzu umawiamy się na obiad, kawę i pogaduszki.
Dziś przywitam Was zagadką - czego ostatnio nie było na blogu, a powinno się tu co jakiś czas pojawiać? Oczywiście zgadliście - haftu!
Jesiennych wypieków ciąg dalszy. Stwierdzić, że ta pora roku nastroiła mnie mocno w kierunku cukierniczym, to jak nic nie powiedzieć. W zasadzie co dzień coś ląduje w moim piekarniku. Nie zawsze są to natomiast udane próby.
Przed nami ostatni weekend lata... Trochę szkoda, tym bardziej, że w tym roku lato nas specjalnie nie rozpieszczało pogodą. No cóż... Pora nastawić się na tryb "jesiennej nostalgii", czyli wieczór z książką i kawałkiem dobrego ciacha (tak - kawałkiem, a nie połową blaszki, bo potem trzeba będzie to odpokutować wielogodzinnymi treningami 😏).
Końcówka sierpnia to okres dożynkowo-festynowy. Postanowiłam to wykorzystać. Jak? A no tu Was może nieco zaskoczę, ale wystawiłam swoje stoisko z domowymi wypiekami. Przygotowałam kilka ciast, rogalików i ruszyłam w trasę. Najpierw były dożynki, a w ostatni weekend gościłam na orneckim festynie.
W ubiegłym tygodniu w szkole tańca, do której uczęszczam miało miejsce ciekawe wydarzenie - zaproszono gości z Włoch, z którymi mieliśmy okazję potańczyć i przekonać się w praktyce, jak wyglądają nasze taneczne umiejętności.
Giżycko, to niewielkie mazurskie miasteczko, nazywane niekiedy, z uwagi na swoje walory przyrodnicze - stolicą polskiego żeglarstwa. Ale to nie żeglarstwo przywiodło mnie w miniony weekend do Giżycka, ale zgoła inne wydarzenie, zupełnie niezwiązane z urokami mazurskich jezior.
Weekend wprawdzie za nami, ale tradycji musi stać się zadość, zatem w ramach podsumowania dni wolnych mam dla Was przepis na niedzielne ciasto. Jak zapewne wiecie, w niedziele zwykłam rozpoczynać dzień od jakiegoś wypieku - mam wówczas więcej czasu, to i pojawia się okazja do eksperymentowania w kuchni.
Jest i on! Obiecany przepis na ciasto z owocami. Jak już wcześniej wspomniałam, i mnie były to wiśnie, bo akurat te owoce miałam, ale mogą to być jagody, maliny, czy jakiegokolwiek inne owoce (trzeba tylko pamiętać, by te bardziej puszczające soki odsączyć).
Sobota. Poranek szary, bury i mokry. Jednak mimo wszystko wciągnęłam na nogi swoje kalosze i ruszyłam do lasu, sprawdzić, czy po tych deszczach zostały jeszcze jakieś jagody. Było ich rzeczywiście niewiele. W zasadzie to w tym sezonie nazbieranych przeze mnie jagód wystarczyło na pierogi, nie piekłam ani ciasta, ani też drożdżówek z tymi owocami.
Tegoroczne lato jak dotychczas nie rozpieszcza nas pogodą. W zasadzie nie pamiętam, kiedy lipiec wyglądał podobnie, do obecnego. Mimo wszystko lato to lato i warto korzystać z uroków tej pory roku - w końcu tak szybko przemija, a potem to już pozostaje perspektywa długiej jesieni i smutnej zimy.
Nie samym rękodziełem człowiek żyje, prawda? 😉 Już zresztą zdążyliście się przyzwyczaić, że na blogu pojawia się czasem więcej wpisów niezwiązanych bezpośrednio z rękodziełem, niż tych stricte odpowiadających jego tematyce. Ale taki to już urok tego miejsca – czasem napiszę coś o ciekawej książce, innym razem wrzucę przepis. Mówiąc szczerze to te wszystkie przepisy wrzucam trochę dla swojego komfortu - łatwiej mi się w nich odnaleźć, jak szukam ich właśnie tu, nie musząc wertować setek wycinków z gazet i nurkować w plątaninie karteczek, na których kiedyś zapisałam daną recepturę.
Z uwagi na fakt, że moje ostatnie posty dotyczyły niemal wyłącznie wypieków, postanowiłam dla odmiany opowiedzieć Wam pokrótce o swoich planach czytelniczych na lato. Nie oznacza to, że postów z ciastami nie będzie (ba! przygotowałam nawet dokumentację fotograficzną na kolejne wpisy 😁). Ciasta będą i rękodzieło również się pojawi (wszak tego głównie dotyczy blog), ale mała odmiana nie zaszkodzi.
Mamy lato 🌞 przez niektórych wyjątkowo wyczekane, z uwagi na mało wiosenną aurę dotychczas. Tak czy inaczej, lato nastało, a co za tym idzie, pojawiły się okazje do przygotowania nieco lżejszych wypieków.
Ten post po prostu musiał powstać! I to nie tylko po to, żeby Wam oświadczyć, że wcale nie jest tak, że żadne nowe prace u mnie się nie tworzą. Przeciwnie. Mam dla Was sporo nowości rękodzielniczych. Powstaje nowy haft, nowa serweta, na stosiku przy łóżku piętrzą się książki, które zamierzam zrecenzować.
Sernik to jedno z popularniejszych ciast. I to jest właśnie jeden z powodów, dla którego piekę go w różnych konfiguracjach - na cieście kruchym, bez spodu, w wersji klasycznej, czekoladowy itd.
Maj. A skoro maj, to czas na kolejny tort, bo i okazja ku temu się pojawiła. Tym razem tort twarogowo-śmietanowy. Wyszedł super, ale zmieniłabym nieco kilka jego elementów - po pierwsze składniki sa na naprawdę duże ciasto, więc na jeden biszkopt wystarczyłoby zrobić masę z połowy składników. Ewentualnie, jeśli zależy nam na efektownym, dużym torcie, można zrobić jeszcze jeden biszkopt, przeciąć wzdłuż na pół - wówczas otrzymalibyśmy cztery blaty do przełożenia kremem i frużeliną.
Obiecałam, ze będzie jeszcze jeden wpis okołoświąteczny i słowa (prawie!) dotrzymuję! Oczywiście nie udało mi się naskrobać kilku słów w terminie, w którym obiecałam to uczynić, ale tak to już ze mną bywa ;)
Święta dobiegły końca, ale mam dla Was jeszcze dwie kwestie, którymi chciałam się podzielić. Pierwsza to przepis na babkę piaskową. A że babka to nieodzowny element Wielkanocy, toteż nie mogło jej zabraknąć na moim świątecznym stole.
Pamiętacie torty, nazywane przez niektórych ciastem czeskim, a niekiedy miodownikiem (choć miodownik to inny rodzaj ciasta, jednak słyszałam i to określenie w odniesieniu to tegoż właśnie wypieku)? Otóż szukałam pomysłu na tort urodzinowy i przypomniałam sobie o tej niezawodnej recepturze.
Odgrzebywania starych przepisów ciąg dalszy! 😃 Pamiętacie serowy domek, czy też jak kto woli chatkę, która królowała na stołach w latach 90-tych ubiegłego wieku? Ostatnio widziałam ją w cukierni i przypomniałam sobie wówczas o jej istnieniu. Wnet sięgnęłam po przepiśnik i postanowiłam odtworzyć to, jakże lubiane przeze mnie, ciacho.